Bez Niego prawdziwa miłość jest niemożliwa !

Jezus powiedział do swoich uczniów: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

    Miłość jest najgłębszą istotą religii Chrystusa. Skąd to płynie? Stąd, że chrześcijaństwo jest objawieniem i doświadczeniem takiej miłości Boga do nas, że z trudem tylko w to wierzymy. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4,10). Wszyscy ludzie, bez wyjątku, obciążeni są dziedzictwem grzechu pierworodnego i dlatego od najwcześniejszych swoich lat żyją źle; źródeł swego szczęścia nie szukają w Bogu, ale gdzie indziej, stają się bałwochwalcami pieniądza, ludzkiego uznania, ludzkiej miłości. Boga w praktyce wszyscy odstawiamy na boczny tor. Samych siebie stawiamy na Jego miejsce. Dlatego jesteśmy nieprzyjaciółmi Boga, synami buntu, jak w Liście do Efezjan powie św. Paweł (zob. Ef 2,2). A jakie jest nasze normalne postępowanie względem tych, którzy w stosunku do nas są nieprzyjaciółmi? Nienawidzimy ich, zwalczamy, usiłujemy ich pognębić albo w najlepszym razie nie chcemy mieć z nimi nic do czynienia. A jak postąpił Bóg z nami, kiedy byliśmy Jego nieprzyjaciółmi? Odpowiedział miłością! W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu (1 J 4,9). Św. Paweł w Liście do Rzymian wyrazi to jeszcze dobitniej: Chrystus umarł za nas, gdyśmy jeszcze byli bezsilni, gdyśmy jeszcze byli grzesznikami (zob. Rz 5,6.8). Bóg nas kocha nie dopiero wtedy, gdy jesteśmy grzeczni, pięknie nawróceni, pełni najlepszych postanowień nieobrażania Go więcej; Bóg nas kocha, gdy jesteśmy w grzechu, i jeszcze wtedy, gdy jesteśmy w grzechu, daje nam największy dowód swojej miłości: wydaje swego Syna na śmierć za nas, by nas pojednać ze sobą, tzn. by nas nawrócić, przekonać o naszym błędzie, wyzwolić z nieszczęścia, które grzech ze sobą niesie, uczynić szczęśliwymi. Ta zawrotna miłość Boga do grzeszników, czyli do swoich wrogów, jaśnieje pełnym blaskiem w krzyżu Jezusa. Jezus umierający na krzyżu, otoczony swoimi wrogami, którzy skazali Go na śmierć niesprawiedliwą, którzy teraz jeszcze śmieją się i drwią z Niego, nie przeklina ich, nie rzuca na nich gromów potępienia, ale modli się: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią (por. Łk 23, 34). Jezus ich tłumaczy i usprawiedliwia. Taka miłość jest kamieniem węgielnym chrześcijaństwa. Dzięki tej miłości żyjemy jako chrześcijanie; dzięki niej otrzymaliśmy chrzest, dzięki niej ciągle na nowo Bóg nam przebacza nasze grzechy w sakramencie pokuty, dzięki niej możemy, kiedy tylko chcemy, przyjmować Go w komunii świętej, dzięki niej mamy wszyscy nadzieję znaleźć się po śmierci w niebie.
Tylko z Jezusem
 
Taka miłość jest niemożliwa poza Jezusem i bez Jezusa. Dlaczego? Bo ona zakłada zdolność umierania sobie. Żebyś np. mogła wytrwać przy twoim mężu, który z dnia na dzień okazuje się coraz większym egoistą, nie ma czasu na wysłuchanie twoich problemów, coraz częściej się upija, może nawet bije cię — żebyś mogła wytrwać przy takim typie, który jednoznacznie stał się wrogiem twojego spokojnego i szczęśliwego życia — musisz, siostro, umieć postawić krzyżyk nad twoim ideałem szczęścia, nad twoimi wyobrażeniami na temat życia, musisz umieć umierać sobie. żebyś mógł, bracie, kochać np. twojego kolegę w pracy, który uknuł przeciwko tobie intrygę, udaremnił twój awans lub przywłaszczył sobie owoce twojej pracy naukowej i opublikował je pod własnym nazwiskiem — żebyś mógł kochać taką kanalię — musisz być zdolny przekreślać swoją karierę, musisz umieć umierać sobie. Ale kto z nas jest tak głupi, żeby chciał umierać sobie??? W czym innym może leżeć nasze szczęście i życie, jeśli nie w tym, że wszyscy mnie szanują, respektują moje słuszne prawa, nie podkładają mi kłód pod nogi, ułatwiają mi życie?! Przecież z tego nie można rezygnować! Otóż to! To właśnie takie rozumowanie odbiera nam zdolność miłowania, jak Jezus nas umiłował.

Żebyśmy do takiej miłości stali się zdolni, w nas musi się przedtem coś zmienić. Jezus Chrystus zmartwychwstały musi przyjść do nas, musi nam przynieść w darze nowe doświadczenie życiowe. Musimy dzięki Jego bliskości doświadczyć, że prawdziwe życie to co innego, niż to, jak myśmy je sobie wyobrażali, że prawdziwe życie daje tylko Bóg; że zupełnie nam wystarcza to, że On nas akceptuje i kocha nawet w naszych słabościach, że On o nas dba jak najlepszy Ojciec. Może my już wiemy o tym teoretycznie, problem jednak jest w tym, żebyśmy tego doświadczyli, tak jak np. dwoje młodych doświadcza swojej pierwszej miłości i ona ich niesie spontanicznie, uzdalnia do ofiar i poświęceń. W nas musi dokonać się nie tylko w teorii, ale na płaszczyźnie najgłębszego doświadczenia religijnego owo wszczepienie w Jezusa, o którym mówiła Ewangelia z poprzedniej niedzieli. Ja w was, a wy we Mnie, jak latorośle w szczepie winnym (por. J 15,4–5). To jest dopiero baza, z której rodzi się etyka chrześcijańska ze swoim przykazaniem miłości. Bez tej bazy jest niemożliwe praktykować to przykazanie.

 Alfred Cholewiński SJ
więcej na katolik.pl

Może Ci się również spodoba